Miesięczne archiwum: Kwiecień 2016

Ciąg dalszy

No cóż ciąg dalszy musi nastąpić………….
Myślę że to dobry moment na podsumowanie procedury numer jeden.
Zacznijmy od tego iż z perspektywy czasu wiem, że podeszłam do tego bardzo naiwnie. Nie brałam pod uwagę opcji niepowodzenia.
Dlaczego miałoby się nie udać?? Przecież problem nie tkwił we mnie tylko w plemnikach. Jak podadzą mi zarodek to na pewno znajdzie sobie miejsce w mojej super macicy. O ja naiwna !!!!!!!
W ogóle nie brałam pod uwagę faktu, że zarodki mogą się źle dzielić, że nie będziemy mieli mrozaczków. Widziałam wszystko na różowo, po postu miało się udać i już.
Myślę, że wiele z nas ma podobne nadzieje podchodząc do in vitro.
Straszne jest to ile nas po drodze może zdziwić, ile rozczarować zanim nawet pogrąży nas kiepska beta.
Pan Mąż powiedział, że następnym razem będziemy mądrzejsi o doświadczenie. Tylko ile nam to pomoże??
Na ile tak na prawdę mieliśmy wpływ na powodzenie???

Jak pewnie pamiętacie podchodziliśmy do procedury komercyjnie. Oto jakie ponieśliśmy koszty:
- badania nasienia – 300 zł
- badania genetyczne – 1300 zł
- wizyty u gina – 1170
- badania laboratoryjne – 1470
- wizyty u innych specjalistów – 400 zł
- leki – 1000 zł
- in vitro – 5700
Razem 11440 zł
Powiem tak, to jest jakaś masakra.
Do drugiej procedury zamierzamy podejść we wrześniu. Mam nadzieje,że nie cofną refundacji leków, bo nawet nie chce mi się myśleć jakie to wtedy będą koszty.
Fakt, że odpadną nam np. badania genetyczne, no ale to i tak jest masa pieniędzy.
Zastanawiamy się też nad zmianą kliniki. Mam małe zastrzeżenia do tej w której się leczymy. Największe to chyba to, że nikt nam nie zaproponował IMSI, przy tak kiepskich parametrach nasienia. Do końca jeszcze nie podjęliśmy decyzji mamy jeszcze trochę czasu.

Postanowiliśmy odpocząć trochę od in vitro, wrócić do normalnego rytmu.
Zaczęliśmy planować urlop. W tym roku mamy dość szybko, bo w drugiej połowie czerwca. Pan Mąż uparł się na Makarską – a niech będzie. Byle daleko, byle słońce i byle odpocząć.
W związku z powyższym postanowiłam zadbać o swoją figurę. Co prawda nie ucierpiała za bardzo przy okazji procedury, ale przydało by się zrzucić kilka kilo :). Zamówiłam sobie dzisiaj płytę Chodakowskiej oraz plan posiłków na kilka tygodni. Do urlopu powinnam się wyrobić :)

Dzisiaj idę na pierwszy dyżur. Bardzo się boję jak dam sobie radę ze swoimi emocjami, które nie ma co ukrywać nie są jeszcze ustabilizowane (okresu brak). Jestem jeszcze płaczliwa, nerwowa i smutna.
Siedzenie w domu niczego jednak nie zmieni, muszę się z tym zmierzyć i koniec. Przecież lubię swoją pracę. Dam radę nie mam wyboru, najwyżej jutro trochę sobie popłaczę ):

Muszę być silna…………

Po transferze dzień jedenasty

Moja beta dzisiaj 8,89…….I co ja mam o tym myśleć?? Niby przyrosła, niby dobrze, ale jak na jedenasty dzień to trochę taka bida.
Cieszyć się to raczej za wcześnie, a płakać znowu, że po wszystkim w sumie też za wcześnie.
Jak ja nie lubię takich sytuacji. Takie to przedłużanie….przecież to może człowieka wykończyć.
Przez ostanie dni naczytałam się tyle for o przeroście i wynikach bety że masakra. Sama nie wiem po co. Może chciałam znaleźć podobne przypadki którym się udało. Wiecie, że znalazłam :) i to nie jeden. Tylko to niestety niczego nie dowodzi. Każdy z nas jest inny i tak samo jest z betą. Musi się tylko mieścić w normach (które abstrahując są tak szerokie że i tak niczego nie mówią).
Zaraz po tym że nic z tego nie będzie boję się, że to ciąża biochemiczna. Wiadomo obie sytuacje zmierzają do tego samego, tylko w drugim przypadku to wszystko dłużej trwa.
Z kliniki jeszcze nie dzwonili, no ale co oni mogą mi powiedzieć. „Proszę utrzymać leki i w poniedziałek powtórzyć beta HCG”.

Jeśli chodzi o samopoczucie jestem chodzącą tykającą bombą zegarową (biedny Pan Mąż). Zrobiłam się bardzo płaczliwa i czepialska. Całą procedurę się jakoś trzymałam, a teraz jestem jedną wielką emocją. No cóż myślę, że nasze małżeństwo jakoś to zniesie :)
Z fizycznych aspektów: cycki bolą mocniej, jestem jakaś taka osłabiona, niedospana i od wczoraj mam dziwny posmak w ustach. Wczoraj popołudniu bolał mnie też brzuch tak mocno, że myślałam, że dzisiejsza beta nie będzie potrzebna. Wzięłam jednak dwie no-spy i przeszło.

Tak pokrótce wygląda sytuacja. Dalej w zawieszeniu.
Dobrze, że na weekend wyjeżdżamy do rodziny to nie będę cały czas myśleć. :)

Po transferze dzień dziesiąty

Jutro idę robić wynik bety. Szczerze – mam nadzieje, że będzie poniżej 1. Nie mam już siły ani ochoty przeciągać tego co nieuniknione. Nie wierzę już w powodzenie tej procedury. W środę pożegnałam się z ciążą na najbliższy czas.
Staram się przywyknąć do myśli, że muszę wrócić do rzeczywistości. Ostatni czas żyłam tylko in vitro, w rytmie stymulacji, punkcji, transferu. Nie istniał kalendarz, były tylko dni badań lab, wizyt, terminów. Teraz pustka…
W przyszłym tygodniu będę musiała wrócić do pracy. To chyba przeraża mnie najbardziej. Wrócę do miejsca pełnego noworodków i kobiet w ciąży. O zgrozo… Pomimo tego, że uwielbiam swoją pracę to teraz mam ciarki na samą myśl. Moja przyjaciółka wracając do pracy po poronieniu powiedziała, że miała ochotę kraść dzieci. Ja myślę, że na tą chwilę nie będę miała odwagi aby na nie patrzeć. Na samą myśl mam łzy w oczach.
Drugą sprawą która zaprząta moją głowę w związku z powrotem to pracy to moje koleżanki. O całej sprawie wiedziały tylko te najbliższe. W momencie kiedy poszłam na zwolnienie, sprawa się wydała. I teraz co??? Wrócę i wszyscy będą na mnie patrzeć z tą litością w oczach. Będą pocieszać, że następnym razem się uda, że jestem młoda jeszcze zdążę…….Nie – tego nie zniosę. Mam nadzieję, że uszanują fakt, że nie chcę współczucia i rozmów na ten temat. No cóż jakoś będę się musiała z tym wszystkim uporać. Powrócić do normalnego rytmu.

Abstrahując od tematu pracy fizycznie czuję się dobrze. Jedyne co mi zostało z „objawów” to wielkie bojące piersi i zgaga . Brzuch wrócił do sowich rozmiarów z przed procedury :) (przytyłam 1 kg – dzięki bogu). Jedyne co wczoraj miałam jakiś dziwny dzień. Cały czas byłam śpiąca i osłabiona. Snułam się po domu jak cień, wizyta w toalecie była jak wycieczka w Tatry. Masakra. Z tego wszystkiego zasnęłam o 21.00 i obudziłam się dzisiaj o 9.30. Tak długo to już nie pamiętam kiedy spałam. Zwalam to jednak na tą dziwaczną ostatnio pogodę i wahania ciśnienia.

NO cóż myślę, że jutro dzień podsumowań..

Porażka ???? Po transferze dzień ósmy

Mój ostatni wpis był cztery dni temu.
Czując kumulację napięcia zwiałam do mamy na wieś. Tam nikt oprócz niej nie wie co jest grane. I powiem szczerze rzeczywiście pomogło, aż do wczoraj.Zapomniałam na chwilę o tym całym „invitrowym” szaleństwie.
Wczoraj wracając do domu już nie mogłam się opędzić od złych przeczuć i myśli. Coś w środku mi mówiło „Przecież wiesz, że to jeszcze nie teraz”. Pan małżonek cały czas jednak dodawał otuchy i zapewniał, że będzie dobrze.
Dzisiaj rano nie wytrzymałam napięcia i jak tylko otworzyłam oczy pobiegłam zrobić „sikańca”. Jak się można było tego spodziewać pieprzona jedna kreska. Zaraz jednak oprzytomniałam i pomyślałam, że nie wszystko stracone, że to ósmy dzień mała beta, że nie ma co panikować.
O 9.00 cała roztrzęsiona pojechałam z Panem Mężem do lab. Po drodze płakałam, czułam po prostu czułam, że jadę po wyrok. Nie wiem naszej babskiej intuicji chyba nie da się oszukać.
Wyniki miały być o 12.00. Pan Mąż zwolnił się z pracy. Chciał ze mną być w tej ważnej chwili. Otwieram więc ten wyrok i………..porażka beta 3,09 , estradiol 1100, progesteron 54.
Wycie, to nie był płacz to było wycie……….
Kur…. mać a miało być tak pięknie, miały być bliźniaki.
Płaczo-wycie trwało jakieś dobre pół godziny.
Nie umiem opisać tych wszystkich emocji które mną targają.
Największe jest chyba poczucie niesprawiedliwości, złość na siebie, że pozwoliłam sobie uwierzyć że się uda i to gorzkie rozczarowanie. Tak ciężko mi się z tym pogodzić. Pozwoliłam sobie ostatnio na śmiałe plany na przyszłość, a tu taka brutalna konfrontacja z rzeczywistością. Taki piekący policzek.
Oboje jesteśmy załamani Pan Mąż przeżywa to równie mocno co ja, widzę w jego oczach ten ból. Ten żal, że musimy się z tym borykać „z jego winy”.

Dzwonili z Kliniki zalecenia są następujące”: kontynuacja leków jak do tej pory, dzisiaj kolejny raz 1/8 amp Ovitrelle i w piątek beta.
Sama nie wiem po co to. Skoro chyba i my i oni wiedzą jak to się skończy. No coż zalecenia to zalecenia dostosuje się.
W każdym razie dla mnie piątkowa beta będzie formalnością.
Fizycznie czuje się miarę piersi i brzuch pobolewają jak na miesiączkę (może przyjdzie szybciej niż piatkowy test), często męczy mnie zgaga i to by było ta tyle.

Więcej już nie jestem dzisiaj w stanie z siebie wykrzesać.
Potrzebuje czasu żeby poskładać myśli………

Po transferze dzień czwarty

Dzień czwarty a mi się wydaje, że minęło już tak dużo czasu…
Robiłam dzisiaj badania kontrolne: morfologia w normie, progesteron >80 ng/ml, estradiol 2146 pg/ml.
W związku z takim poziomem estradiolu Ginka zaleciła mi 1/8 amp. Ovitrelle. Nie do końca rozumiem powód przypisana tego leku. Lekarka powiedziała coś o wzmocnieniu działania jajników. Ostrzegła też o tym, że mogą mnie po tym mocniej boleć jajniki i brzuch.
Jak do tej pory czuje się zupełnie przyzwoicie. Pobolewa mnie brzuch i od czasu do czasu kłują jajniki – wystarczy jednak tabletka nospy i ok. Piersi nabrzmiałe (ledwo się mieszczą w staniku) i drażliwe, ale zawsze tak mam przed miesiączką. Generalnie nie doszukuje się żadnych objawów. I tak logicznie rzecz biorąc stanowczo na nie za wcześnie. A te które są to pewnie wina Pana Luteiny :)
Psychicznie jakoś się trzymam. Pan Mąż mocno mnie wspiera i utrzymuje w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. Powrócił mój spokój, zmącony brakiem mrozaczków.
Oczywiście – nie mogę się doczekać testowania (wtorek),ale tak jakoś jestem pełna optymizmu :)

Po transferze dzień drugi

Dowiedziałam się dzisiaj, że moje trzy zarodki przestały się dzielić, więc nici z zimowiska ): . Nie będę udawać, że nie zrobiło to na mnie wrażenia. Zrobiło. W jednej chwili po prostu stałam się smutna. Do końca trzymałam za nie kciuki. Powtarzam sobie, że jakiś powód takiego stanu rzeczy musiał zaistnieć. Co nie zmienia faktu, że mi źle.
Do tej pory miałam w sobie (nawet boję się to napisać) taki wewnętrzny spokój, nawet małą radość, że jestem „trochę w ciąży”. Pan Mąż całuje brzuszek, rozmawia do bąbelków.
To wszystko staje się takie realne.
Boję się myśleć, że będzie dobrze. Nie chcę myśleć, że będzie źle.

Transfer

Siedzę sobie pod kocykiem i piszę – nie piszemy do was, ponieważ jest nas trójka. :)
Transfer odbył się bez żadnych komplikacji. Wyniki z laboratorium były na czas i wszystkie są ok. Nawet się nie przyznałam doktorkowi, że zrobiłam sobie też estradiol (2790 – jeszcze trochę wysoki)- tak dla własnej informacji. Przed transferem miałam robione USG, jajniki też w normie. Dla pewności w piątek znowu mam zrobić morfologię, estradiol i progesteron – dalej boją się hiperki.
Ok koniec tego wstępu, do rzeczy….
Przetransferowali mi dwa bąbelki jeden B8 i drugi B6. Doktorek powiedział, że mogło być lepiej ale tragedii nie ma. Zostały nam jeszcze 3 – C8, C6, C6. Dadzą im jeszcze szansę do 5 lub 6 doby. Mam nadzieje, że wezmą się do roboty i będą mogły iść na zimowisko. Doktorek powiedział, żebyśmy się nie nastawiali, ale kto ma w nie wierzyć jeśli nie mama :) Jejku jak to brzmi……MAMA
Jedyne co mnie zdziwiło to, to że transfer był bez kontroli USG. Położna powiedziała, że nie ma takiej konieczności. Dziwne !!!! Z drugiej jednak strony chyba wiedzą co robią. Nie mam wyboru jak tylko im zaufać.
Jedyne co mogę im zarzucić, to wprowadzenie mnie wczoraj w stan takiej paniki i lęku. Informacje przez telefon zostały mi przekazane w ten sposób, że myślałam – już po wszystkim. Ale dobra – to było wczoraj, nie ma sensu tego rozpamiętywać.
Dzisiaj jestem pełna optymizmu i taka dziwnie spokojna. Pan Mąż cały czas powtarza, że musi się udać, nie ma innej opcji. Śmiejemy się, że wesoło to nam będzie jak będziemy mieli dwójkę hehhe :)
Testujemy 19.04 i do tego czasu obiecałam, że żadnych testów sikańców itp

Kurcze jest wiosna, wszystko budzi się do życia, mam nadzieje, że moje żuczki też się będą budziły u mamy w brzuszku :)

A było tak dobrze…

Dzisiaj rano odebrałam telefon z kliniki z informacja, że ze względu na sytuację embriologiczną transfer odbędzie się jutro o godzinie 14.00. Rano mam zrobić morfologię, enzymy wątrobowe i stawić się do kliniki.
Z tego co zrozumiałam zostały na albo 2 albo jeden zarodek. (byłam w szoku)
Dzwonił sam kierownik kliniki, więc na moje pytania dotyczące szczegółów na temat zarodków nie potrafił odpowiedzieć. Powiedział, że embriolog jutro mi wszystko wyjaśni. Masakra.
Oczywiście po odłożeniu słuchawki płacz, płacz i jeszcze raz płacz. No kur…. co się stało, dlaczego zostało nam tak mało maleństw. Nie umiem się z tym pogodzić. Cały czas myślę o tym, że jak się nie uda to będę musiała wszystko przechodzić od początku.
A może ja po prostu byłam naiwna wierząc, że uda się za pierwszym razem???
Mam strasznego doła. Boję się, że jutro będzie jeszcze gorzej i maluszki nie dadzą rady.

Chyba do jutra oszaleje !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Punkcja

Wczoraj za bardzo nie byłam w stanie pisać. A więc………
Chyba jeszcze nigdy tak się nie denerwowałam. Najbardziej tego znieczulenia. O matko !! jakie ja miałam wizje (zdecydowanie wolę być po drugiej stronie).
O 10:45 zgłosiliśmy się do kliniki. Weszliśmy do części zabiegowej, ja do sali a Pan Mąż do pokoju Oddania Materiału. Personel bardzo miły, dziewczyny żartowały i pomagały rozładować napięcie. Wskoczyłam w koszulkę, a później na fotel :). Wiadomo wenflonik, płyny, podłączenie pod monitorek itp.
Przyszedł Pan :”znieczualcz” przedstawił się, trochę pożartował. I się zaczęło….żeby było jasne pamiętam tylko szum w uszach,a potem to już tylko ja mnie wybudzali. :)
Moje pierwsze pytanie oczywiście brzmiało: Ile udało się pobrać komórek?? Ginka powiedziała, że na pewno jest 8. Kamień z serca. :)
Przeszłam posłusznie z fotela na łóżeczko z bananem na twarzy. Przez chwilę jeszcze chciało mi się spać, ale tylko przez chwilę. Dostałam albuminy (z racji zagrożenia hiperką) oraz środek przeciwbólowy, bo bolał mnie lewy jajnik.
Wpuścili Pana Męża i tak sobie czekaliśmy na Ginkę. Przyszła zrobiła USG przez brzuch i stwierdziła, że jest ok. Z racji ryzyka hiperstymulacja, jeżeli w ogóle w tym cyklu będzie transfer to w 5 dniu.
Zalecenia po:
picie 2,5 – 3 litrów wody
ważenie się codziennie
odpoczynek
brak seksu :)
i wnikliwa obserwacja swojego ciała:)
Nie obyło się też bez torby leków:
- Doksycyklina 2×1
- Luteina 2×2
- Folik 1×1
- Progenova 2×1
- Dostinex 2 razy w tygodniu

Po powrocie do domu czułam się strasznie zmęczona i co dziwne, nie byłam wcale głodna. Generalnie wczoraj z jedzeniem to raczej lipa. Zjadłam kanapkę z masłem i było mi niedobrze. Byłam wczoraj na przymusowej diecie :) Dzisiaj jest już ok.

Teraz z niecierpliwością oczekuje telefonu z kliniki z informacją o naszych zarodkach :)