Archiwa kategorii: Bez kategorii

Powrót demonów

Coraz bliżej terminu badań, coraz bliżej…, a we mnie coraz większy strach, większy bunt, niecierpliwość.
Kłębi się we mnie bardzo dużo emocji – dobrych, złych. Oczywiście więcej jest tych złych.
Nie chcę się nad sobą użalać. Myślałam że przeszłam już wszystkie etap żałoby, że jestem pogodzona i zadomowiona z problemem.
Nie cierpię jak mnie to dopada. Jestem wtedy taka krucha, słaba i bezbronna. Pochłonięta w otchłani znaków zapytania. Za dużo tych niewiadomych.
Ja lubię mieć plan, lubię panować nad sytuacją. A tutaj nic nie jest zależne ode mnie.
Brak mi energii, dopadł mnie jakiś paraliż. Do wszystkiego muszę się zmuszać, na nic nie mam ochoty. Nic nie sprawia mi radości.
I do tego tak strasznie się boję. Boję się tego co będzie, boję się że się nie uda.

Głaszczę się po brzuchu jak opętana, z nadzieją że ktoś tam zamieszka.

Z Nowym Rokiem…

I tak właśnie Nowy Rok, nowe wyzwania, nowe plany, nowe znaki zapytania.
Sylwester spędziłam w pracy, urodziny też… no ale cóż maleństwa czasami nie chcą czekać. :)

U mnie w sumie nic nowego. Pan mąż po wizycie u urologa (który suma sumarum nic nie stwierdził) dostał nowe piguły, na poprawę ukrwienia jąder, które ma łykać 3 miesiące. Po tym czasie mamy powtórzyć badanie SCD. Owe trzy miesiące mijają w lutym, więc już za chwilę dowiemy się co i jak.

Ostatnio robiłam sobie takie podsumowanie roku i doszłam do wniosku, że to był dla nas długi, ciężki rok. Diagnoza, nieudana procedura, ciągłe szukanie przyczyny. Jedna wielka masakra. Oczywiście były też dobre momenty, ale te złe raczej przyćmiewały te dobre.
Strasznie bym chciała, żeby ten rok okazał się łaskawszy, żeby nasze marzenie się spełniło.

Dobrych wieści brak

Wizyta odbyła się w poniedziałek. Nie mogłam się jednak wcześniej zdobyć na to, żeby cokolwiek napisać.
Jest źle. Jest bardzo źle.
Gdzieś w środku wiedziałam, że tak będzie. Moja kobieca intuicja nie zawiodła mnie po raz kolejny. A szkoda.
W MSOME-6600 prawidłowych plemników 0%. Fragmentacja 48,9%. Dramat. Dla niezorientowanych fragmentacja im mniejsza tym lepsza. Nasz wynik świadczy o bezpłodności. Jak to pisze to jeszcze sama w to nie wierze.
Na takie wieści nie byłam przygotowana. To już za dużo nawet jak dla mnie.
Mina lekarza mówiła za siebie – jest źle.
Zalecił konsultacje urologiczną (urolog z kliniki zorientowany na sprawy niepłodności), badania laboratoryjne (morfologia, CRP, PSA, fosfotaza kwaśna), w dalszym ciągu suplementacja Profertilem + vit. E+ 150 mg koenzym Q 10. Po sześciotygodniowej suplementacji kolejne badanie SCD.
Powiedzmy sobie szczerze nie wierze, że to da cokolwiek. Musimy jednak wykorzystać wszystkie możliwe opcje, żeby później nie pluć sobie w twarz.
Jeśli okaże się, że to wszystko na nic zostaje nam tylko dawstwo nasienia.
Paradoksalnie ja mam z tym większy problem niż Pan Mąż.

Chciałam mieć dziecko. Chciałam żeby było „normalnie”. A tu najpierw złe wyniki. Ok – inseminacja to przecież nic takiego. Inseminacja nie wchodziła w grę – trudno, in vitro kiepska sprawa, ale jakoś damy rade. A teraz to. JA TYLKO CHCIAŁAM MIEĆ DZIECKO. Dziecko moje i Pana Męża.
Wychodzi na to, że da dużo wymagałam od losu.
Strasznie mi ciężko pogodzić się z myślą, że to nie będzie nasze biologiczne dziecko.
W głowie mam straszny bałagan, natłok myśli, mnóstwo pytań.
Najgorsze jest to, że wszystko jest pod wielkim znakiem zapytania. Mam wrażenie, że co bym nie wymyśliła to jest źle. Każdy krok jest mega ryzykowny. Każda decyzja wydaje się być nie do końca słuszna.

Cała ta sytuacja zaczyna powoli odbijać się na naszych relacjach. Od początku strasznie się tego bałam. Do tej pory jednak byliśmy w tym razem. Teraz mam wrażenie, że każdy woli to przeżywać na swój sposób.
Staram się go zrozumieć, jego poczucie winy, porażki i niespełnienia. Pocieszam go, daję się wygadać. Tylko ile można dyskutować o tym samym.
Dobrze wiem, że ta sytuacja dobija nas oboje. Nasze rozmowy przeważnie dotyczą tylko jednego.
Powoli mnie to męczy. Frustruje cała ta sytuacja.
Zabrało nam to całą radość z życia, zniknęły małe radości dnia codziennego.
A ja chciałam TYLKO MIEĆ DZIECKO…………..

Zamieszanie w głowie

Długo nie pisałam. Z założenia mój blog miał być o in vitro. W tej sprawie nie działo się nic od ostatniego wpisu. Tłumaczy to więc brak postów.

W poniedziałek o 14.30 mamy wizytę, na której poznamy wyniki jednego z badań ( MSOME-6600) i gin na tej podstawie mniej więcej będzie mógł powiedzieć co dalej. Na wynik drugiego badania trzeba czekać około 4 tygodni, więc jeszcze trochę na niego poczekamy.

Strasznie się boję tej wizyty. W mojej głowie wiąże się ona z wyrokiem. Nie umiem inaczej do tego podejść. Paraliżuje mnie to co mogę usłyszeć. I moja intuicja podpowiada mi, że raczej to usłyszę.
Od tygodnia nie mogę znaleźć sobie miejsca. Próbuje zająć się czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć. Czytam, oglądam głupie seriale, sprzątam. Niestety to na nic. Myśli mimowolnie wracają do PROBLEMU.
Jednym lekiem paradoksalnie jest praca. Tylko tam nie mam czasu na to żeby się nad sobą użalać. Śmieszne to, bo przecież pracuje z ciężarnymi :) Tak mnie jednak pochłania opieka nad rodzącymi, że zupełnie odcinam się od moich udręk.
Chociaż czasem kiedy przyjmuje pacjentkę po IVF pojawia się ukłucie zazdrości w sercu, które zaraz ustępuje miejsca radości, że są ludzie którym się udaje.

Tyle myśli kłębi się w mojej głowie.
Co jeśli okaże się, że nasienie jest za słabe ??
Co jeśli pozostanie nam tylko opcja nasienia dawcy ??
Czy ja to wszystko wytrzymam ??
Ile mogę znieść ??
Jak długo będę „twarda” ??

Masakra. Wiem, że się nad sobą użalam. Przez ostatni czas nie potrafię inaczej. Tak dużo się we mnie dzieje, tak dużo emocji we mnie buzuje. Najgorsze, że jakoś z nikim nie chce mi się o tym rozmawiać (nawet z Panem Mężem). Mam wrażenie, że nasze rozmowy stają się czasami tak monotematyczne. Ile razy w kółko można to wałkować.
Pewnie nie jest to dobre rozwiązanie, ale cóż.
Na tą chwilę nie potrafię inaczej…..

Kolejny początek

Długo mnie nie było.
Cóż w moim życiu nie działo się nic ciekawego – praca, dom i tak do znudzenia.

Wczoraj byliśmy na pierwszej wizycie w nowej Klinice. Tym razem zdecydowaliśmy się na Invimed.
Czy jest to dobry wybór okaże się z czasem. Pierwsze wrażenie jak najbardziej pozytywne.
Lekarz na którego się zdecydowaliśmy też wydaje się być sensowny (dobre opinie w internecie ). Widać, że wie o czym mówi. Wzbudził moje zaufanie. Mam nadzieje, że go nie zawiedzie :)
Wczoraj odebraliśmy też najświeższe badania Pana Męża. Niestety suplementacja na nic się nie zdała. Wyniki jakie były beznadziejne takie są.
Diagnoza: OLIGOASTHENOTERATOZOOSPERMIA – po Polsku – plemników mało, o złej budowie i małej ruchliwości. Jednym słowem dramat ):.
Pan Mąż załamany jego czteromiesięczna kuracja suplami nic nie dała. Zawód w jego oczach łamał mi serce.
Lekarz patrząc na te wyniki powiedział, że nie dziwi go marna jakość zarodków z poprzedniego podejścia. I tym razem proponuje nam IMSI ( tego się spodziewałam).
Zalecił Panu Mężowi dodatkowe badania nasienia metodą MSOME-6600 oraz SCD. Te badania mają za zadanie sprawdzić fragmentację DNA plemnika oraz dokładnie sprawdzić ich budowę.
Jak powiedział gin, może się okazać, że plemniki Pana Męża nie będą się nadawały nawet do in vitro.
Jak na razie nawet nie chcę o tym myśleć.
Zalecił mu suplementację Profertilem i w połowie października ma zrobić te badania.
Jeśli chodzi o mnie to ja też dostałam receptę na suple : koenzym Q 10, witamina E oraz Actifolin. Już zapowiedział, że tym razem zastosujemy krótki protokół z antagonistą. Muszę coś poczytać na ten temat, bo jestem kompletnie zielona.

Machina ruszyła po raz drugi. Czekając na wizytę przypomniałam sobie wszystkie emocje z poprzedniego razu. Pamiętam ten entuzjazm, nadzieje i tą pewność, że się uda. Teraz jest zupełnie inaczej. Coś w środku mnie głośno krzyczy, że się nie uda. Moja intuicja podpowiada mi, że nie jest nam dane zostać rodzicami.
To jest takie okropne. Nie potrafię wyrzucić tego z głowy. Tym bardziej, że prognozy nie są optymistyczne.

Pan Mąż delikatnie podjął temat dawcy nasienia. Jak na razie nie ma we mnie na to zgody. Uważam, że za mało jeszcze zrobiliśmy, za mało próbowaliśmy. Wychodzi na to, że mam z tym większy problem niż on. Paradoksalnie powinno być inaczej.

W głowie wojna.
Mam poczucie, że to znowu mnie pochłania.
Moje życie znowu się będzie toczyć zgodnie z założonym harmonogramem.
Wiem, że muszę to wziąć na klatę, nie mam innego wyjścia. Boję się tylko, że tym razem nie będę już miała tyle siły.
Nie chcę, żeby moje życie zostało znowu sparaliżowane na kilka miesięcy !!!!!

W poszukiwaniu nadziei

Jak tu się odciąć od niepłodności ?? No jak się pytam ??
Dwa tygodnie temu dostałam w twarz informacją, że mój brat zostanie ojcem. Brat, który ma 22 lata i za dwa miesiące bierze ślub, na którym tak na marginesie jestem świadkową. To już chyba dla mnie za dużo.
Znowu mój mały, kruchy poukładany spokój się skończył. Ja pieprze…..Jak to przytłacza, jak boli.
Moja mądra mama, poinformowała mnie o tym przed moim przyjazdem do rodzinnego domu. Dobrze wiedziała co robi. Chyba godzinę przepłakałam w łazience.
Paradoks tej sytuacji jest taki, że oni nic nie wiedzą o naszym problemie. I jak to młodzi, niedoświadczenie, przyszli rodzice ze wszystkim dzwonią do mnie. Na pewno nie muszę wam pisać jak to jest słuchać, o dolegliwościach wczesnej ciąży, kiedy dałabyś wszystko żeby móc to przeżywać.
Staram się nabierać do tego dystansu, jednak kiepsko mi to idzie. Robię dobrą minę, a w środku małe igiełki kłują moje serce. Tak mi żal, tak bardzo mi żal…

W tym cyklu poczyniliśmy z Panem Mężem bardzo intensywne starania :). On bardzo wierzy, że może nam się udać naturalnie. Ja mam do tego sceptyczne podejście. No ale cóż spróbować nie zaszkodzi. Dzisiaj jest 28 dzień cyklu, a mnie jakoś od 22 pobolewa znajomo brzuch zwiastując raczej nieuniknione. Trochę mnie to zaczęło zastanawiać bo nigdy tak szybko nie bolało. I chyba z własnej naiwności i głupoty, a raczej na dobicie zrobiłam przed chwilą test. Sama siebie pytam: Po co?? Przecież z góry wiedziałam jaki będzie wynik.
Chciałam się łudzić, że może jednak, że tak z zaskoczenia, że skoro mój brat, to może tak do pary. Jaka ja jestem głupia.
Z robienia testów zrezygnowałam już dawno. Stwierdziłam, że fundowanie sobie widoku tej wstrętnej jednej kreski jest zbędne. Co mnie podkusiło?? Teraz mi jeszcze gorzej. A brzuch jak bolał tak boli ):

Ostatnio mam kryzys wiary w to że się uda. Wszyscy mi powtarzają, że będzie dobrze, że trzeba czasu. A jak nie będzie ??? Jak się nie uda??
Nie mam planu, na to co będzie jak się nie uda. Może to świadczy o tym, że moja podświadomość nie dopuszcza innej opcji,a może strach przed porażką nie pozwala na plan B. Przecież ja zawsze mam plan B!!
Jestem tym zmęczona.
Zmęczona walką o to co inni mają na wyciągniecie ręki.

Ja kontra reszta świata

Długo mnie nie było i jakoś nie mogłam zebrać się do tego wpisu. Może dlatego, że nie koniecznie chcę sama przed sobą przyznać się do pewnych przemyśleń.

Urlop był cudowny. Słońce, błogie lenistwo, cudne drinki i zero myślenia na ciężkie tematy. Takie wakacje od wszystkiego. Nawet nie wiecie jak było mi to potrzebne. Chociaż przez krótką chwilę moje życie nie kręciło się wokół ciąż, dzieci, porodów i tej cholernej niepłodności. Zapomniałam – naprawdę zapomniałam, o naszym problemie. Zgodnie z założeniem nie czytałam blogów, nie śledziłam for. Nie było tematu. Ja, Pan Mąż i cudowna Kreta.
Jednak dziesięć dni minęło o wiele za szybko. Później była wizyta u teściów i u mojej mamy. Siłą rzeczy nie minęły nas rozmowy na temat dalszych planów i analizy zaistniałej sytuacji po raz setny. Ok – wiem oni też to przeżywają, każdy na swój sposób. Tylko ja już nie mam ochoty ani siły po raz kolejny analizować tego od początku. Co to da?? Trudno – jakoś to przeżyłam.
Powrót do pracy też nie okazał się łatwy. Kolejna koleżanka w ciąży. No ja pieprze….masakra……wszystkie postanowiły być nagle w ciąży. Nie żebym się nie cieszyła..ale…
Tak, tak – jestem twarda,dam rade. Kto jak nie ty??? Właśnie… A dlaczego ja???
Po powrocie zaczęłam też nadrabiać zaległości blogowe. I aż serce boli. Kolejne porażki.
Kochane staraczki tak mocno trzymałam za was kciuki, tak mocno wierzyłam że wam się uda. Głęboko jednak wierzę, że dla Was też zaświecie słońce.

Aktualnie popadłam w stan zawieszenia. Odsunęłam się od problemu. Przestawiłam go na dalszy plan. Wróciłam do normalnego życia. Bez rozmyślania o plemnikach, dniach płodnych, procedurach in vitro. Dobrze mi bez tego. Tak lekko. Wiem,że w niczym mi to nie pomoże.

Powoli zbliża się czas, podejścia numer dwa. Na samą myśl mam dreszcze. Moje życie znowu stanie do góry nogami. Będziemy żyć od wizyty do wizyty, od badania do badania. Będziemy rozmawiać na temat wielkości jajeczek i jakości zarodków.
Czuje, że będzie gorzej niż za pierwszym razem. Teraz podejdę do tego bogatsza o doświadczenie. Wiem,że będzie mnie to kosztowało o wiele więcej stresu i strachu.
Z drugiej jednak strony nie robienie niczego, jest czekaniem na cud. A jeśli nie nastąpi??
Ja chcę tego dziecka, chcę go bardzo. Żal, że nie mogę go mieć od tak po prostu chyba będzie mi towarzyszył do końca życia.
Bardzo często spotykam się w mojej pracy z kobietami którym się udało. ( nigdy nie zwracałam uwagi na to, że jest ich tak dużo) Pozwala mi to żyć nadzieją. Daje to namacalny dowód, że to in vitro działa.
Wiem, że moja historia nie jest długa. W moim świecie tak sytuacja wydaje się jednak trwać wiecznie. I mało tego cały czas stoi pod znakiem zapytania. Nikt nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia.

Aktualnie więc korzystam z tego że życie toczy się samo i że moja głowa jest wolna.

Wyczekane wakacje

Wczoraj w końcu podjęliśmy decyzję – w niedziele lecimy na Krete :) Nareszcie……..wakacje……..

Po ostatnim zawirowaniu zbierałam się kilka dni. Kurczę za każdym razem potrzeba mi więcej czasu, żeby się doprowadzić do porządku. Myślę, że pomógł mi w tym nawał pracy i mała alkoholizacja z koleżanką :)
Wszystko jest dobre, żeby odpędzić od siebie złe myśli.

Przez te ostanie przygnębienie zapomniałam napisać, że miesiączka przyszła jak w zegarku. Czekałam na nią, wiedziałam, że przyjdzie. Nie było łez, rozczarowania, dramatu. Założyłam sobie że na pewno nie jestem w ciąży. Między nami – nie za bardzo wierzę w cudowne, naturalne poczęcie. Jest mi z tym dobrze. To taka moja strefa komfortu, bariera bezpieczeństwa. Nie nastawiam się na nic. I tak mi jest dobrze. Nie ma zaglądania w majtki, wsłuchiwania się w siebie w poszukiwaniu najmniejszych objawów.
Pan Mąż nie jest zadowolony z mojego podejścia. Trudno. Ja sobie w ten sposób radzę z tą sytuacją. On wierzy, wierzy, że się uda. I dobrze, niech wierzy za nas dwoje.
Czasami mam wyrzuty sumienia, że nie daje nam szansy. Z drugiej jednak strony uprawiamy seks w okresie owulacyjnym, więc to z mojej strony taka szansa :). Wiem głupie, te moje myślenie. Trudno. Taka już jestem, trochę pokręcona :)

Jutro dniówka, w sobotę nocka i w niedzielny wieczór startujemy. Matko jak ja nie lubię latać… Jakoś będę musiała to przeżyć. Cały czas będę myśleć o leżaku, plaży i dobrej książce. Już nie mogę się doczekać….
Jeszcze nie byłam w Grecji. Tym bardziej jestem ciekawa.
Mam nadzieje, że to będzie udany urlop.
Urlop od pracy, niepłodności, in vitro, od myślenia o dzieciach i ciąży.
Będę JA i ON.
Będzie tak jak gdyby nic innego nie miało znaczenia……..:)

Poplątane emocje

Sama nie wiem od czego zacząć, bo to wszystko jakieś takie dziwne.
Może zacznę od tego,że wypad nad morze zaliczam do udanych :). Pogoda może nie była za rewelacyjna, ale przynajmniej nie padało :). Spędziliśmy czas na długich spacerach i rozmowach.
Oczywiście wszędzie pełno rodzinek z małymi dziećmi i babeczek w ciąży – o zgrozo!
Kiedy siedzieliśmy z Panem Mężem na popołudniowej kawce wywiązała się między nami rozmowa na temat posiadania dziecka. Tak bardzo go chcemy, a tak mało rozmawiamy na temat tego jak bardzo zmieni się nasze życie kiedy ono się wreszcie pojawi. Jak bardzo nasz poukładany świat wywróci się do góry nogami.
Jesteśmy ze sobą prawie jedenaście lat i zawsze tylko we dwoje. Może nie prowadzimy jakiegoś super rozrywkowego życia, ale nie mamy też żadnych ograniczeń. Generalnie robimy co chcemy i kiedy chcemy. Nie musimy się z nikim liczyć i za nikogo być odpowiedzialnym. Kurcze takie to ciężkie do ogarnięcia głową, że będziemy kiedyś w trójkę, a może nawet w czwórkę.
Wiem, że to dziwne patrząc na to przez pryzmat sytuacji w jakiej się znajdujemy. Mamy problem z poczęciem, a ja się rozwodzę nad tym jak to będzie kiedy nam się uda. Powinnam się skupić na tym, żeby się nam udało, a nie obawiać się tego co będzie jak nam się uda.
Nawiązując jednak do tytułu postu ostanie kilka dni jest dla mnie jakieś wyjątkowo ciężkie. W mojej głowie kłębi się tyle niepoukładanych myśli a w sercu tyle sprzecznych emocji.
Dwa dni temu dowiedziałam się o kolejnej ciąży, tym razem w rodzinie Pana Męża. Może to wywołało ten cały bałagan myśli, a może dołożyło tylko ognia do pieca. Trudno mi to osądzić.
Jestem strasznie rozdrażniona, zła i smutna. Nie muszę chyba pisać na kim się to odbija. W pracy nie mogę sobie pozwolić na uwolnienie tych emocji, więc wszystko wychodzi ze mnie w domu. Niestety skutkuje to napiętą atmosferą. Nie mogę sobie z tym porodzić, wszystko mnie irytuje żeby nie napisać dosadniej..
Pan Mąż jest generalnie skupiony na zbliżającym się urlopie i ciężko z nim porozmawiać ja jakiś inny temat. Nie mogę go za to winić. Jest zmęczony i po prostu chce odpocząć.
Ja chyba pierwszy raz w życiu jakoś nie podzielam jego euforii. Przytłacza mnie ogrom rzeczy jakie muszę ogarnąć do wyjazdu (zostało niecałe dwa tygodnie). Nawet zakupy, na które muszę się wybrać nie poprawiają mi nastroju.
Chciałabym poczuć tą lekkość, beztroskę i podekscytowanie. Zamiast tego męczy mnie żal, ogromne poczucie niesprawiedliwości i ta piepszona złość.
W moim otoczeniu uchodzę za bardzo silną osobę. Wszystkie koleżanki nie mogą wyjść z podziwu jak dobrze radę sobie z tą sytuacją. A ja mam czasami wrażenie, że wcale sobie nie radzę. Wystarczy jedno zdanie o kolejnej ciąży w otoczeniu, a ja rozpadam się na kawałki i chodzę kilka dni do tyłu. Jedno krótkie zdanie ” Jestem w ciąży” burzy we mnie całą psychiczną stabilizacje. I za każdym razem sobie myślę ile jeszcze razy to usłyszę, za min ja będę mogła wypowiedzieć to zdanie.

W pędzie…..

Ostatnio jakoś nie miałam czasu niczego nabazgrać….
Wciągnął mnie szalony rytm pracy, codziennych spraw. Szaleństwo :)
W zasadzie nic ciekawego u mnie nie słychać. Zatopiłam się w codzienności…….o jak bardzo mi z tym dobrze. Nie rozmyślam, nie analizuje – żyje z dnia na dzień.
Od czasu do czasu pojawi się z tyłu głowy myśl, że jeszcze tyle mnie czeka, tyle przede mną znaków zapytania. Staram się jednak nie zatracać w tych myślach, bo powodują u mnie stany rozdrażnienia i znacznego pogorszenia nastroju.
Nauczyłam się o tym nie myśleć. Skupiam się na pracy, na sobie. Zrobiłam sobie taki urlop od niepłodności.
Organizujemy wyjazd na wczasy, jutro wyruszamy na krótki wypad nad morze. Już nie mogę się doczekać :)
Pomimo zmiennej pogody oraz zimnej wody uwielbiam polskie morze. Ma w sobie taki niepowtarzalny urok. Mogłabym godzinami siedzieć na plaży i gapić się w fale :) Strasznie mnie to relaksuje i odpręża :)

Jedne co kwestii działania w kierunku poczęcia to Pan Mąż rozpoczął ostrą suplementację. Ja tam nie do końca w to wierzę, ale skoro on ma taką potrzebę to ja nie mam nic przeciwko. Zaszkodzić mu nie zaszkodzi, a nóż pomoże.
Przyjmuje więc:
- Selen
- Salfazin
- L-kartyninę
- Kwas foliowy
- Macę
Jeśli chodzi o macę to muszę napisać o tym kilka słów.
O tym specyfiku Pan Mąż wyczytał na bocianowym forum dotyczącym poprawienia jakości nasienia.
Otóż jest to sproszkowany korzeń rośliny, która rośnie w Andach i ma (ponoć) niesamowite właściwości. Długo by wymieniać wszystkie, te które nas dotyczą bezpośrednio to właśnie znaczna poprawa jakości nasienia. Takim małym bonusikiem jest też zwiększenie libido :) (żeby dotrzymać kroku sama też jem :) ). Na jakieś oficjalnej stronie producenta przeczytałam iż maca jest alternatywą dla metod wspomaganego rozrodu.
Bardzo sceptycznie podchodzę do tej sprawy, ale co tam spróbujemy, a może pomoże :)
Ustaliliśmy, że po 3 miesiącach Pan Mąż zrobi badanie nasienia i zobaczymy czy nasza kuracja przyniosła jakieś efekty.
Muszę przyznać iż jestem bardzo ciekawa tych wyników. Tym bardziej iż na tą chwilę niepłodność mojego małżonka jest idiopatyczna. Bardzo lubię to określenie w medycynie. Najłatwiej jest powiedzieć, że coś jest po prostu niewytłumaczalne.