Archiwa tagu: in vitro

Powrót demonów

Coraz bliżej terminu badań, coraz bliżej…, a we mnie coraz większy strach, większy bunt, niecierpliwość.
Kłębi się we mnie bardzo dużo emocji – dobrych, złych. Oczywiście więcej jest tych złych.
Nie chcę się nad sobą użalać. Myślałam że przeszłam już wszystkie etap żałoby, że jestem pogodzona i zadomowiona z problemem.
Nie cierpię jak mnie to dopada. Jestem wtedy taka krucha, słaba i bezbronna. Pochłonięta w otchłani znaków zapytania. Za dużo tych niewiadomych.
Ja lubię mieć plan, lubię panować nad sytuacją. A tutaj nic nie jest zależne ode mnie.
Brak mi energii, dopadł mnie jakiś paraliż. Do wszystkiego muszę się zmuszać, na nic nie mam ochoty. Nic nie sprawia mi radości.
I do tego tak strasznie się boję. Boję się tego co będzie, boję się że się nie uda.

Głaszczę się po brzuchu jak opętana, z nadzieją że ktoś tam zamieszka.

Z Nowym Rokiem…

I tak właśnie Nowy Rok, nowe wyzwania, nowe plany, nowe znaki zapytania.
Sylwester spędziłam w pracy, urodziny też… no ale cóż maleństwa czasami nie chcą czekać. :)

U mnie w sumie nic nowego. Pan mąż po wizycie u urologa (który suma sumarum nic nie stwierdził) dostał nowe piguły, na poprawę ukrwienia jąder, które ma łykać 3 miesiące. Po tym czasie mamy powtórzyć badanie SCD. Owe trzy miesiące mijają w lutym, więc już za chwilę dowiemy się co i jak.

Ostatnio robiłam sobie takie podsumowanie roku i doszłam do wniosku, że to był dla nas długi, ciężki rok. Diagnoza, nieudana procedura, ciągłe szukanie przyczyny. Jedna wielka masakra. Oczywiście były też dobre momenty, ale te złe raczej przyćmiewały te dobre.
Strasznie bym chciała, żeby ten rok okazał się łaskawszy, żeby nasze marzenie się spełniło.

Dobrych wieści brak

Wizyta odbyła się w poniedziałek. Nie mogłam się jednak wcześniej zdobyć na to, żeby cokolwiek napisać.
Jest źle. Jest bardzo źle.
Gdzieś w środku wiedziałam, że tak będzie. Moja kobieca intuicja nie zawiodła mnie po raz kolejny. A szkoda.
W MSOME-6600 prawidłowych plemników 0%. Fragmentacja 48,9%. Dramat. Dla niezorientowanych fragmentacja im mniejsza tym lepsza. Nasz wynik świadczy o bezpłodności. Jak to pisze to jeszcze sama w to nie wierze.
Na takie wieści nie byłam przygotowana. To już za dużo nawet jak dla mnie.
Mina lekarza mówiła za siebie – jest źle.
Zalecił konsultacje urologiczną (urolog z kliniki zorientowany na sprawy niepłodności), badania laboratoryjne (morfologia, CRP, PSA, fosfotaza kwaśna), w dalszym ciągu suplementacja Profertilem + vit. E+ 150 mg koenzym Q 10. Po sześciotygodniowej suplementacji kolejne badanie SCD.
Powiedzmy sobie szczerze nie wierze, że to da cokolwiek. Musimy jednak wykorzystać wszystkie możliwe opcje, żeby później nie pluć sobie w twarz.
Jeśli okaże się, że to wszystko na nic zostaje nam tylko dawstwo nasienia.
Paradoksalnie ja mam z tym większy problem niż Pan Mąż.

Chciałam mieć dziecko. Chciałam żeby było „normalnie”. A tu najpierw złe wyniki. Ok – inseminacja to przecież nic takiego. Inseminacja nie wchodziła w grę – trudno, in vitro kiepska sprawa, ale jakoś damy rade. A teraz to. JA TYLKO CHCIAŁAM MIEĆ DZIECKO. Dziecko moje i Pana Męża.
Wychodzi na to, że da dużo wymagałam od losu.
Strasznie mi ciężko pogodzić się z myślą, że to nie będzie nasze biologiczne dziecko.
W głowie mam straszny bałagan, natłok myśli, mnóstwo pytań.
Najgorsze jest to, że wszystko jest pod wielkim znakiem zapytania. Mam wrażenie, że co bym nie wymyśliła to jest źle. Każdy krok jest mega ryzykowny. Każda decyzja wydaje się być nie do końca słuszna.

Cała ta sytuacja zaczyna powoli odbijać się na naszych relacjach. Od początku strasznie się tego bałam. Do tej pory jednak byliśmy w tym razem. Teraz mam wrażenie, że każdy woli to przeżywać na swój sposób.
Staram się go zrozumieć, jego poczucie winy, porażki i niespełnienia. Pocieszam go, daję się wygadać. Tylko ile można dyskutować o tym samym.
Dobrze wiem, że ta sytuacja dobija nas oboje. Nasze rozmowy przeważnie dotyczą tylko jednego.
Powoli mnie to męczy. Frustruje cała ta sytuacja.
Zabrało nam to całą radość z życia, zniknęły małe radości dnia codziennego.
A ja chciałam TYLKO MIEĆ DZIECKO…………..

Zamieszanie w głowie

Długo nie pisałam. Z założenia mój blog miał być o in vitro. W tej sprawie nie działo się nic od ostatniego wpisu. Tłumaczy to więc brak postów.

W poniedziałek o 14.30 mamy wizytę, na której poznamy wyniki jednego z badań ( MSOME-6600) i gin na tej podstawie mniej więcej będzie mógł powiedzieć co dalej. Na wynik drugiego badania trzeba czekać około 4 tygodni, więc jeszcze trochę na niego poczekamy.

Strasznie się boję tej wizyty. W mojej głowie wiąże się ona z wyrokiem. Nie umiem inaczej do tego podejść. Paraliżuje mnie to co mogę usłyszeć. I moja intuicja podpowiada mi, że raczej to usłyszę.
Od tygodnia nie mogę znaleźć sobie miejsca. Próbuje zająć się czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć. Czytam, oglądam głupie seriale, sprzątam. Niestety to na nic. Myśli mimowolnie wracają do PROBLEMU.
Jednym lekiem paradoksalnie jest praca. Tylko tam nie mam czasu na to żeby się nad sobą użalać. Śmieszne to, bo przecież pracuje z ciężarnymi :) Tak mnie jednak pochłania opieka nad rodzącymi, że zupełnie odcinam się od moich udręk.
Chociaż czasem kiedy przyjmuje pacjentkę po IVF pojawia się ukłucie zazdrości w sercu, które zaraz ustępuje miejsca radości, że są ludzie którym się udaje.

Tyle myśli kłębi się w mojej głowie.
Co jeśli okaże się, że nasienie jest za słabe ??
Co jeśli pozostanie nam tylko opcja nasienia dawcy ??
Czy ja to wszystko wytrzymam ??
Ile mogę znieść ??
Jak długo będę „twarda” ??

Masakra. Wiem, że się nad sobą użalam. Przez ostatni czas nie potrafię inaczej. Tak dużo się we mnie dzieje, tak dużo emocji we mnie buzuje. Najgorsze, że jakoś z nikim nie chce mi się o tym rozmawiać (nawet z Panem Mężem). Mam wrażenie, że nasze rozmowy stają się czasami tak monotematyczne. Ile razy w kółko można to wałkować.
Pewnie nie jest to dobre rozwiązanie, ale cóż.
Na tą chwilę nie potrafię inaczej…..

Wyczekane wakacje

Wczoraj w końcu podjęliśmy decyzję – w niedziele lecimy na Krete :) Nareszcie……..wakacje……..

Po ostatnim zawirowaniu zbierałam się kilka dni. Kurczę za każdym razem potrzeba mi więcej czasu, żeby się doprowadzić do porządku. Myślę, że pomógł mi w tym nawał pracy i mała alkoholizacja z koleżanką :)
Wszystko jest dobre, żeby odpędzić od siebie złe myśli.

Przez te ostanie przygnębienie zapomniałam napisać, że miesiączka przyszła jak w zegarku. Czekałam na nią, wiedziałam, że przyjdzie. Nie było łez, rozczarowania, dramatu. Założyłam sobie że na pewno nie jestem w ciąży. Między nami – nie za bardzo wierzę w cudowne, naturalne poczęcie. Jest mi z tym dobrze. To taka moja strefa komfortu, bariera bezpieczeństwa. Nie nastawiam się na nic. I tak mi jest dobrze. Nie ma zaglądania w majtki, wsłuchiwania się w siebie w poszukiwaniu najmniejszych objawów.
Pan Mąż nie jest zadowolony z mojego podejścia. Trudno. Ja sobie w ten sposób radzę z tą sytuacją. On wierzy, wierzy, że się uda. I dobrze, niech wierzy za nas dwoje.
Czasami mam wyrzuty sumienia, że nie daje nam szansy. Z drugiej jednak strony uprawiamy seks w okresie owulacyjnym, więc to z mojej strony taka szansa :). Wiem głupie, te moje myślenie. Trudno. Taka już jestem, trochę pokręcona :)

Jutro dniówka, w sobotę nocka i w niedzielny wieczór startujemy. Matko jak ja nie lubię latać… Jakoś będę musiała to przeżyć. Cały czas będę myśleć o leżaku, plaży i dobrej książce. Już nie mogę się doczekać….
Jeszcze nie byłam w Grecji. Tym bardziej jestem ciekawa.
Mam nadzieje, że to będzie udany urlop.
Urlop od pracy, niepłodności, in vitro, od myślenia o dzieciach i ciąży.
Będę JA i ON.
Będzie tak jak gdyby nic innego nie miało znaczenia……..:)

Poplątane emocje

Sama nie wiem od czego zacząć, bo to wszystko jakieś takie dziwne.
Może zacznę od tego,że wypad nad morze zaliczam do udanych :). Pogoda może nie była za rewelacyjna, ale przynajmniej nie padało :). Spędziliśmy czas na długich spacerach i rozmowach.
Oczywiście wszędzie pełno rodzinek z małymi dziećmi i babeczek w ciąży – o zgrozo!
Kiedy siedzieliśmy z Panem Mężem na popołudniowej kawce wywiązała się między nami rozmowa na temat posiadania dziecka. Tak bardzo go chcemy, a tak mało rozmawiamy na temat tego jak bardzo zmieni się nasze życie kiedy ono się wreszcie pojawi. Jak bardzo nasz poukładany świat wywróci się do góry nogami.
Jesteśmy ze sobą prawie jedenaście lat i zawsze tylko we dwoje. Może nie prowadzimy jakiegoś super rozrywkowego życia, ale nie mamy też żadnych ograniczeń. Generalnie robimy co chcemy i kiedy chcemy. Nie musimy się z nikim liczyć i za nikogo być odpowiedzialnym. Kurcze takie to ciężkie do ogarnięcia głową, że będziemy kiedyś w trójkę, a może nawet w czwórkę.
Wiem, że to dziwne patrząc na to przez pryzmat sytuacji w jakiej się znajdujemy. Mamy problem z poczęciem, a ja się rozwodzę nad tym jak to będzie kiedy nam się uda. Powinnam się skupić na tym, żeby się nam udało, a nie obawiać się tego co będzie jak nam się uda.
Nawiązując jednak do tytułu postu ostanie kilka dni jest dla mnie jakieś wyjątkowo ciężkie. W mojej głowie kłębi się tyle niepoukładanych myśli a w sercu tyle sprzecznych emocji.
Dwa dni temu dowiedziałam się o kolejnej ciąży, tym razem w rodzinie Pana Męża. Może to wywołało ten cały bałagan myśli, a może dołożyło tylko ognia do pieca. Trudno mi to osądzić.
Jestem strasznie rozdrażniona, zła i smutna. Nie muszę chyba pisać na kim się to odbija. W pracy nie mogę sobie pozwolić na uwolnienie tych emocji, więc wszystko wychodzi ze mnie w domu. Niestety skutkuje to napiętą atmosferą. Nie mogę sobie z tym porodzić, wszystko mnie irytuje żeby nie napisać dosadniej..
Pan Mąż jest generalnie skupiony na zbliżającym się urlopie i ciężko z nim porozmawiać ja jakiś inny temat. Nie mogę go za to winić. Jest zmęczony i po prostu chce odpocząć.
Ja chyba pierwszy raz w życiu jakoś nie podzielam jego euforii. Przytłacza mnie ogrom rzeczy jakie muszę ogarnąć do wyjazdu (zostało niecałe dwa tygodnie). Nawet zakupy, na które muszę się wybrać nie poprawiają mi nastroju.
Chciałabym poczuć tą lekkość, beztroskę i podekscytowanie. Zamiast tego męczy mnie żal, ogromne poczucie niesprawiedliwości i ta piepszona złość.
W moim otoczeniu uchodzę za bardzo silną osobę. Wszystkie koleżanki nie mogą wyjść z podziwu jak dobrze radę sobie z tą sytuacją. A ja mam czasami wrażenie, że wcale sobie nie radzę. Wystarczy jedno zdanie o kolejnej ciąży w otoczeniu, a ja rozpadam się na kawałki i chodzę kilka dni do tyłu. Jedno krótkie zdanie ” Jestem w ciąży” burzy we mnie całą psychiczną stabilizacje. I za każdym razem sobie myślę ile jeszcze razy to usłyszę, za min ja będę mogła wypowiedzieć to zdanie.

Powrót

Wróciłam do pracy, powoli wracam do normalnego rytmu.
Niepowodzenie powoli odchodzi w zapomnienie i dalej tym samym szanse na nowe nadzieje.

Jestem po dwóch dyżurach w szpitalu. Po dwóch mega pracowitych dyżurach. I wiecie co wcale nie było tak źle. Koleżanki nie wypytują, nie dociekają i co najważniejsze nie patrzą z politowaniem.
Wróciłam do pracy – do ciągłego zmagania się z ludzkim bólem, lękiem ale też do cieszenia się z jednej z najpiękniejszych chwil jakie może przeżyć kobieta. Wczoraj pomogłam przyjść na świat pięknemu małemu chłopczykowi. Zapomniałam już jaka to adrenalina, jakie emocje, jaka radość i jaka satysfakcja.
Tak bardzo się bałam, że przez mój żal nie będę mogła być taką położną jak zawsze. Jak dobrze, że się myliłam:)
Podczas mojego pierwszego dyżuru po powrocie (dyżur nocny) przyjęłam kobietę po IVF. Miałam kłopoty z nadciśnieniem. Czas pozwolił mi na to, że mogłam poświęcić jej dużo czasu, a co za tym idzie mogłyśmy spokojnie porozmawiać.
Ta sytuacja uświadomiła mi (może to trochę górnolotne), że dzięki moim doświadczeniom mogę być lepszą położną. Przecież ja rozumiem, aż za dobrze rozumiem przez co musiały przejść te kobiety żeby się znaleźć na Bloku Porodowym.

Poza pracą zajmujemy się teraz z Panem Mężem planowaniem urlopu. Tym się teraz cieszę. Dwoma tygodniami spędzonymi daleko stąd.
Minął najgorszy etap rozczarowania. Odkopujemy w sobie nowe pokłady nadziei. Żartujemy, że może na urlopie zrobimy naturaska :) Kto wie…..może.
Musimy się teraz skupić na rzeczach pozytywnych.
Jak powiada Mąż „Przegraliśmy bitwę, ale wygramy wojnę.”

Ciąg dalszy

No cóż ciąg dalszy musi nastąpić………….
Myślę że to dobry moment na podsumowanie procedury numer jeden.
Zacznijmy od tego iż z perspektywy czasu wiem, że podeszłam do tego bardzo naiwnie. Nie brałam pod uwagę opcji niepowodzenia.
Dlaczego miałoby się nie udać?? Przecież problem nie tkwił we mnie tylko w plemnikach. Jak podadzą mi zarodek to na pewno znajdzie sobie miejsce w mojej super macicy. O ja naiwna !!!!!!!
W ogóle nie brałam pod uwagę faktu, że zarodki mogą się źle dzielić, że nie będziemy mieli mrozaczków. Widziałam wszystko na różowo, po postu miało się udać i już.
Myślę, że wiele z nas ma podobne nadzieje podchodząc do in vitro.
Straszne jest to ile nas po drodze może zdziwić, ile rozczarować zanim nawet pogrąży nas kiepska beta.
Pan Mąż powiedział, że następnym razem będziemy mądrzejsi o doświadczenie. Tylko ile nam to pomoże??
Na ile tak na prawdę mieliśmy wpływ na powodzenie???

Jak pewnie pamiętacie podchodziliśmy do procedury komercyjnie. Oto jakie ponieśliśmy koszty:
- badania nasienia – 300 zł
- badania genetyczne – 1300 zł
- wizyty u gina – 1170
- badania laboratoryjne – 1470
- wizyty u innych specjalistów – 400 zł
- leki – 1000 zł
- in vitro – 5700
Razem 11440 zł
Powiem tak, to jest jakaś masakra.
Do drugiej procedury zamierzamy podejść we wrześniu. Mam nadzieje,że nie cofną refundacji leków, bo nawet nie chce mi się myśleć jakie to wtedy będą koszty.
Fakt, że odpadną nam np. badania genetyczne, no ale to i tak jest masa pieniędzy.
Zastanawiamy się też nad zmianą kliniki. Mam małe zastrzeżenia do tej w której się leczymy. Największe to chyba to, że nikt nam nie zaproponował IMSI, przy tak kiepskich parametrach nasienia. Do końca jeszcze nie podjęliśmy decyzji mamy jeszcze trochę czasu.

Postanowiliśmy odpocząć trochę od in vitro, wrócić do normalnego rytmu.
Zaczęliśmy planować urlop. W tym roku mamy dość szybko, bo w drugiej połowie czerwca. Pan Mąż uparł się na Makarską – a niech będzie. Byle daleko, byle słońce i byle odpocząć.
W związku z powyższym postanowiłam zadbać o swoją figurę. Co prawda nie ucierpiała za bardzo przy okazji procedury, ale przydało by się zrzucić kilka kilo :). Zamówiłam sobie dzisiaj płytę Chodakowskiej oraz plan posiłków na kilka tygodni. Do urlopu powinnam się wyrobić :)

Dzisiaj idę na pierwszy dyżur. Bardzo się boję jak dam sobie radę ze swoimi emocjami, które nie ma co ukrywać nie są jeszcze ustabilizowane (okresu brak). Jestem jeszcze płaczliwa, nerwowa i smutna.
Siedzenie w domu niczego jednak nie zmieni, muszę się z tym zmierzyć i koniec. Przecież lubię swoją pracę. Dam radę nie mam wyboru, najwyżej jutro trochę sobie popłaczę ):

Muszę być silna…………

Po transferze dzień jedenasty

Moja beta dzisiaj 8,89…….I co ja mam o tym myśleć?? Niby przyrosła, niby dobrze, ale jak na jedenasty dzień to trochę taka bida.
Cieszyć się to raczej za wcześnie, a płakać znowu, że po wszystkim w sumie też za wcześnie.
Jak ja nie lubię takich sytuacji. Takie to przedłużanie….przecież to może człowieka wykończyć.
Przez ostanie dni naczytałam się tyle for o przeroście i wynikach bety że masakra. Sama nie wiem po co. Może chciałam znaleźć podobne przypadki którym się udało. Wiecie, że znalazłam :) i to nie jeden. Tylko to niestety niczego nie dowodzi. Każdy z nas jest inny i tak samo jest z betą. Musi się tylko mieścić w normach (które abstrahując są tak szerokie że i tak niczego nie mówią).
Zaraz po tym że nic z tego nie będzie boję się, że to ciąża biochemiczna. Wiadomo obie sytuacje zmierzają do tego samego, tylko w drugim przypadku to wszystko dłużej trwa.
Z kliniki jeszcze nie dzwonili, no ale co oni mogą mi powiedzieć. „Proszę utrzymać leki i w poniedziałek powtórzyć beta HCG”.

Jeśli chodzi o samopoczucie jestem chodzącą tykającą bombą zegarową (biedny Pan Mąż). Zrobiłam się bardzo płaczliwa i czepialska. Całą procedurę się jakoś trzymałam, a teraz jestem jedną wielką emocją. No cóż myślę, że nasze małżeństwo jakoś to zniesie :)
Z fizycznych aspektów: cycki bolą mocniej, jestem jakaś taka osłabiona, niedospana i od wczoraj mam dziwny posmak w ustach. Wczoraj popołudniu bolał mnie też brzuch tak mocno, że myślałam, że dzisiejsza beta nie będzie potrzebna. Wzięłam jednak dwie no-spy i przeszło.

Tak pokrótce wygląda sytuacja. Dalej w zawieszeniu.
Dobrze, że na weekend wyjeżdżamy do rodziny to nie będę cały czas myśleć. :)